Join for FREE | Take the Tour Lost Password?
[x]

deviantART

 
:iconbasia-almostthebrave:

Artist's Comments

Just a little picture i did for a cover of a little fan-fiction short story about Kipling's Bagheera and her youth, that i wrote a few days ago as a birthday-gift for my little sister who's currently very fascinated with the character and who requested a love story about the famous Kipling's panther, in the times before she met and took care of Mowgli (I know some of you may consider Bagheera "he", but in Polish translations of "Jungle Book", she's portraied as a she-panther),
i'm submitting the Polish text of the fanfiction, just in case anyone who reads in Polish finds it intereting, of course please take into consideration it was written primarily for a 11-year old fan of Kipling and his characters, so i just tried to copy that Kipling's style or depicting animals-characters and particularly Bagheera, but anyways maybe anyone beside my lil' sister's going to enjoy it as well:fingerscrossed:)
[the picture's painted on black paper, so in fact i just needed to paint snow and blood, the panthers were just made by leaving some parts of black paper untouched by ink]
i may move it to my scraps later on, or i may not,what a tragic dilemma;)

--------------------------

Bagheera's love story
[PL]


Imman, potężny brodaty Hindus, o którym mówiono, że przemierzył kawał świata, zanim dziesięć lat temu został strażnikiem zwierzyńca pałacu królewskiego w Oodeypore, leniwym ruchem sięgnął do torby i wyjął z niej dwa dojrzałe jabłka granatu.
– Chcesz jednego, Goa? – zapytał, a widząc momentalnie wyszczerzone w szerokim uśmiechu zęby chłopaka i ochoczo nadstawione ręce, rzucił owoc w jego stronę. Imman od pierwszych chwil polubił swojego nowego pomocnika, który – w przeciwieństwie do tak wielu strażników zwierzyńca – nie znajdował najmniejszej przyjemności w okrucieństwie, był przy tym poczciwy i radosny niczym młode źrebię, tak że sam Imman czuł się przy tym wyrostku jakby młodszy i o niebo lepszy.
Chłopiec usiadł na trawie pod rozciągającym się nieopodal zwierzyńca rzadkim gaju palmowym i mrużąc oczy przed złocistym popołudniowym słońcem, wgryzał się z błogością białymi jak śnieg zębami w soczysty owoc granatu.
– Panie Imman! – zagadnął po chwili starszego strażnika, który posilał się parę kroków dalej – A widział pan dzisiaj Mahezi?
– Widziałem. – Imman przytaknął smutno – Biedne zwierzę.
– Ale przecież, proszę pana, jeśli tak dalej pójdzie, Aziz gotów zakatować ją na śmierć! I to na oczach jej młodych! – Goa we wzburzeniu zapomniał nawet na chwilę o swojej apetycznej przekąsce.
– Wiesz, że nic nie możemy zrobić, Goa. – odrzekł mężczyzna wzruszając bezradnie wielkimi ramionami – Aziz pochodzi z książęcego rodu i wszyscy pamiętają, że jego syn zginął tego dnia, kiedy schwytano ciężarną Mahezi, więc nikt nie ośmielił się mu odmówić, gdy poprosił, aby to w jego ręce oddano los dorosłej pantery, gdy ta wydała już na świat trójkę młodych. Ten głupiec sądzi chyba, że mszcząc się na Mahezi, przywróci zmarłemu synowi życie.
– Wie pan, już teraz, kiedy się patrzy w oczy jednego z jej małych, tej czarnej jak węgiel młodej pantery, która zawsze pierwsza wyszczerza groźnie swoje ząbki, kiedy tylko Aziz podchodzi do krat, widać w nich nienawiść czarniejszą od bezgwiezdnej nocy i obietnicę, że rozszarpie mu gardło, kiedy tylko jej małe ząbki i pazury staną się choć odrobinę dłuższe. Ale to przecież jeszcze takie maleństwo.
– Zapamiętaj moje słowa, Goa – odpowiedział bardzo poważnie Imman – ta mała może kiedyś wyrosnąć na najgroźniejszą panterę w tych stronach, ma ona w sobie gibkość i powab Mahezi, ale jest w niej jeszcze coś, wydaje mi się, że to maleństwo już teraz ma duszę nieustraszoną niczym górski diabeł i nieokiełznaną niczym wody Gangesu. A wtedy biada Azizowi, jeśli w tej panterze obudzi się kiedyś duch ludożercy.

***
Tydzień później Mahezi zmarła z głodu, wycieńczenia i upływu krwi pod ciosami bicza bezlitosnego Aziza, a w parę miesięcy po tym zdarzeniu jedno spośród jej zaledwie rocznych młodych, najczarniejsza z całego miotu, młoda pantera imieniem Bagheera, w deszczową noc przy pełni księżyca, ku najwyższemu zdumieniu nieomal wszystkich, jakimś cudem przerwała obrożę i roztrzaskała rygle, które ją więziły, po czym czujnie i z lubością wciągając w nozdrza zapach deszczu i nieznaną jej jeszcze przebogatą woń dżungli, z jakichś powodów bliższą jej niż znajome zapachy zwierzyńca pałacu królewskiego, po raz pierwszy bezszelestnie zanurzyła się w leśnej gęstwinie.

– A nie mówiłem ci, że będą z tą małą problemy? – mruknął Amman do swojego pomocnika z niejaką satysfakcją nad ranem owego dnia, kiedy zauważono zniknięcie Bagheery.


***










– Bagheero, przyjaciółko moja – mówił stary niedźwiedź Baloo – wiesz, że cenię sobie twoją dzielność, i dumny jestem, że to mnie przyszło wykładać ci prawo dżungli, bo blisko jest dzień, kiedy staniesz się najpotężniejszym drapieżcą w tych lasach. Ale nie mogę zamykać oczu na szaleństwo, którego chcesz się dopuścić. Wiesz przecież, jaką niesławę przynosi wolnemu narodowi dżungli zabicie człowieka.
Jesteś jeszcze bardzo młoda, wkrótce przyjdzie wiosna i twoje myśli zwrócą się w inną stronę, zrozumiesz wtedy, że czas goi nawet najgłębsze rany i wkrótce zapomnisz o całym tym gniewie i pragnieniu zemsty, które teraz przepełniają twoje serce… -
Bagheera przerwała mu raptownie stłumionym warknięciem i odwróciła się od Baloo ze złością. Wszystkie mięśnie pod jej lśniącym czarnym jak węgiel futrem były napięte, kły do połowy obnażone, kiedy Bagheera przechadzała się sprężystym nerwowym krokiem wokół Baloo. Niedźwiedź poczuł się nagle nieswojo. Znał wprawdzie tę młodą panterę już szmat czasu ,to na jego oczach i przy pomocy jego nauk przedzierzgnęła się z niedoświadczonego żółtodzioba w śmiertelnie groźnego łowcę, a jednak kiedy tak krążyła wokół niego kołysząc długim ogonem miarowo i niemal hipnotycznie, Baloo wcale nie był taki pewien, czego powinien spodziewać się po swej młodej przyjaciółce.
- Niczego nie rozumiesz, Baloo. – W snach wciąż widzę twarz tego człowieka, pamiętam inkrustowaną kolorowymi kamieniami rękojeść metalowego szpikulca, którym drażnił przez kraty moją nieszczęsną udręczoną niewolą matkę. To nie są wspomnienia które chciałabym zachować o mojej dzielnej matce, Baloo. Znałeś ją przecież, zanim ją schwytali była podobno najdzielniejszą, najpiekniejszą panterą, jaką pamięta ta dżungla.
Ja tymczasem pamiętam tylko, jak mrużyła oczy ze strachu na sam dźwięk kroków butów tamtego dwunożnego plugawca i skomlała jak pies, błagając tego okrutnika potulnym spojrzeniem, aby oszczędził chociaż jej dzieci.
- I oszczędził was. – zauważył ostrożnie Baloo.
- Milcz! – ryknęła Bagheera. – To, że stoję tutaj żywa i wolna jest zasługą wyłącznie moich własnych kłów i pazurów. Nie chciałabym zresztą zawdzięczać swojego życia jego litości. Godzi się, żeby umarł jak pies i zamierzam sama wymierzyć mu tę karę!
- Ale ludzie nie mają ostrych kłów ani pazurów i nie sposób walczyć z nimi uczciwie jak równy z równym . Okryjesz się hańbą, zabijając go, Bagheero. Ponadto sprawisz, że przyjdą tu ludzie ze swoimi strzelającymi kijami i z twojej winy cały wolny lud dżungli nie zazna długo spokoju.
- Malpy powiedziały mi, że człowiek imieniem Aziz, morderca matki mojej Mahezi, przeprowadził się na zimę do domu w górach na wschodzie, cztery drogi biegiem stąd. Jeśli zabiję go w tamtych stronach, ludzie nie przyjdą szukać mnie tutaj i nasza dżungla nie doświadczy żadnych szkód ze strony ludzi ze strzelającymi kijami. Jutro wieczorem wyruszę więc na wschód, Baloo, czy ci się to podoba czy nie. I gwiżdżę sobie na hańbę!
Baloo zdążył już zrozumieć, że nie sposób zmienić planów Bagheery, jeśli ta uparła się przy czymś, westchnął więc tylko ciężko i pożegnał panterę życząc jej bezpiecznej podróży i dobrych łowów, chociaż wiedział, że łowy, na które przyjaciółka wyrusza, tak sprzeczne z prawem dżungli, na pewno nie okażą się dobrymi.

***

Nad ranem trzeciego dnia podróży Bagheera ułożyła się do snu w przytulnym załomie skalnym, jakby specjalnie wymoszczonym miękkim mchem, żeby stanowić wprost wymarzone miejsce na drzemkę. Miejsce pachniało przyjemnie, choć w leśnych gąszczu zapachów Bagheera wyczuwała jakąś nieznaną nutę, bardzo podobną do woni jej samej, a jednak inną. Zbyt zmęczona była jednak całonocną wędrówką, by spróbować dociekać pochodzenia tego zapachu, zasnęła zresztą momentalnie.
- Ryczałaś przez sen. Śniło ci się coś złego? – to było pierwsze, co usłyszała po przebudzeniu. Zaskoczona zerwała się jednym skokiem na cztery łapy, na wszelki wypadek ryknęła ostrzegawczo i potoczyła groźnym wzrokiem po najbliższym otoczeniu, chcąc dociec źródła słów, które dotarły przed chwilą do jej uszu. Spojrzenie jej zatrzymało się na sylwetce innej czarnej pantery, młodego, niewiele od niej większego samca stojącego nieopodal, lustrującego ją równie wnikliwym wzrokiem. Bagheera nigdy jeszcze od czasu dzieciństwa nie spotkała istoty tak bardzo podobnej do niej samej, więc przez dłuższą chwilę milczała, wpartując się jak zaklęta w niespodziewanego przybysza.
Ponadto niemal wszystko było tu inne niż w dżungli, którą dotychczas znała, roślinność w niczym nie przypominała żadnego ze znanych jej drzew, a teraz, kiedy dzień chylił się ku końcowi, było tu też nieporównywalnie zimniej, co sprawiło, że po grzbiecie Bagheery przebiegł nieprzyjemny dreszcz.
Wydało się jej przez moment, jakby zabłądziła do jakiejś dziwacznej krainy, gdzie można było spotkać się oko w oko ze swoim lustrzanym odbiciem, a świat rządził się zupełnie odmiennymi prawami.
- Jestem Czandar. – przedstawił się przyjaźnie hebanowoczarny samiec. – Czemu zawdzięczam wizytę tak pięknej nieznajomej w moim skromnym legowisku? – widać było, że kurtuazja nie przychodzi mu wcale z łatwością, ale widocznie starał się bardzo zyskać przychylność nowopoznanej pantery.
Bagheera zjeżyła jednak kruczoczarne futro na grzbiecie i obnażyła ostre jak brzytwa kły. Stanowczo nie spodobał jej się przymilny ton, którym przemówił do niej ten nieznajomy. Szykowała się już do walki, która mogła rozpocząć się w każdej chwili, nie bała się jednak, bo, mimo że samiec był od niej o całą wysokość łba wyższy i prawdopodobnie także cięższy od niej, Bagheera, która zmierzyła się kiedyś z kulawym tygrysem, niemal dwakroć od niej większym, nie czuła strachu przed żadnym przeciwnikiem i łapy mrowiły ją już w ekscytacji przed nadchodzącą walką. Ale Czandar nie sprawiał wrażenia, jakby zamierzał z nią walczyć. Kiwał miękko ogonem, niczym mały kociak i patrzył na nią łobuzersko. Zmierzyła go więc raz jeszcze od stop do głów dumnym spojrzeniem, które wydawało się mówić: „Jam Bagheera i nie jest łatwo zasłużyć na moją przyjaźń; jakim prawem więc zwracasz się do mnie, jakbyś był moim przyjacielem?”. Na głos zaś powiedziała: „Nazywam się Bagheera, mieszkam trzy drogi biegiem stąd na zachód i wędruję przez te strony, aby wyrównać pewne stare porachunki. Nie znam tych terenów i ich mieszkańców, toteż nie mogłam wiedzieć, że to legowisko należy do ciebie, nie jest więc moją winą, że przywłaszczyłam je sobie.”
To rzekłszy, uznała sprawę za zamkniętą i zgrabnie zeskoczywszy ze skalnej półki na ziemię i ruszyła w swoją stronę.
Ciemne myśli wypełniały jej głowę, spotkanie z nadmiernie spoufalającym się z nią Czandarem tylko niepotrzebnie wyprowadziło ją z równowagi, teraz, kiedy jej umysł powinien być krystalicznie czysty i skoncentrowany na zemście. Iglaste poszycie drażniło nieprzyjemnie spody jej łap, pantera prychała raz po raz gniewnie, ale szła przed siebie. Czasami w prześwitach lasu na tle nocnego nieba widziała zarysy góry, na której miała dokonać się jej zemsta. Przyspieszała wtedy kroku, a wszystkie mięśnie pod skórą pantery napinały się jakby w bolesnym oczekiwaniu.
Nagle zatrzymała się i zaczęła węszyć czujnie. Wyczuła obcą woń zwierzęcia, które musiało podążać za nią cały czas, ale dopiero teraz, kiedy wiatr zmienił kierunek, Bagheera uświadomiła sobie jego obecność. Znała już ten zapach. Podobnie pachniało legowisko, w którym spędziła ostatnią noc, tak pachniał Czandar. Musiał śledzić ją bardzo długo, bo noc miała się już ku końcowi.
Z piersi Bagheery wydobył się cichy chrapliwy pomruk, który był zwykle preludium do rozwścieczonego ryku. Tym razem uciszyła go jednak w zarodku i szybko niczym czarna błyskawica jednym skokiem znalazła się w ciemnych zaroślach, skąd przyczajona wypatrywała nadejścia swego nieoczekiwanego szpiega.
I wkrótce rzeczywiście oczom jej okazał się Czandar, w świetle księżyca mogła przyjrzeć mu się bardzo dokładnie, był pięknym młodym samcem, o szerokich masywnych łapach i oczach lśniących orzechowym odcieniem złota. Najwidoczniej zgubił jej trop, bo rozglądał się bezładnie dokoła i wciągał w nozdrza powietrze z różnych kierunków.
Niespodziewanie przed samym jego nosem, jakby czarny duch zjawiający się znikąd, stanęła Bagheera i jej białe zęby zalśniły tuż nad jego karkiem. Czandar tak bardzo nie spodziewał się tego widoku, że w jednej sekundzie skulił się cały i przyjął pozycję obronną. Przypominał teraz małego kociaka oczekającego w przerażeniu na reprymendę. Bagheera wiedziała od Baloo, że nie godzi się walczyć z młodymi, nim osiągną dojrzałość do walki, więc chcąc nie chcąc okiełznała swoje mordercze instynkty i schowawszy kły i pazury przechadzała się na usztywnionych nogach wokół wciąż strachliwie skulonego pod jej wzrokiem Czandara. Ten w międzyczasie zawstydził się swojego niegodnego zachowania, wyprostował się powoli i stał ze spuszczoną głową, raz po raz wydawając z siebie zakłopotane prychnięcia.
- Odpowiedz mi, czyś jest panterą, czy dziką świnią, Czandarze? – zapytała Bagheera chłodno i pogardliwie – bo twoje zachowanie i dźwięki, które wydobywają się z twej krtani pozwalają mi wątpić, czy należysz do dumnego rodu czarnych panter, królów dżungli.
Czandar nie odpowiedział, wbił tylko wzrok w ziemię i przestepował z łapy na łapę w miejscu.
- Nie pozwoliłam ci śledzić mnie. – dodała już łagodniej – teraz ruszaj w swoją stronę i ciesz się, że oszczędziłam ci życie, zbyt dorosły już jesteś, żeby zachowywać się jak szczenię i kulić w strachu przed obcymi. A jeśli naprawdę jesteś aż tak wielkim tchórzem, to trzymaj się z daleka od prawdziwych łowców, bo przed chwilą bardzo bliska byłam rozszarpania ci gardła. –
To rzekłszy, Bagheera oddaliła się, zostawiając Czandara samego.
Odchodząc, uśmiechnęła się pobłażliwie pod nosem i pokiwała głową w zadziwieniu nad tchórzliwością niektórych z rodu czarnych panter. Ona, nieustraszona Bagheera nigdy nie podkuliłaby ogona w obliczu niebezpieczeństwa.
Nie uszła jednak paru kroków, kiedy za jej plecami dał się słyszeć się dźwięk łamanych gałęzi i odgłos czyichś niezgrabnych susów, po czym z czarnej gęstwiny wynurzył się z hałasem Czandar.
- Poczekaj! – zawołał.
W odpowiedzi napotkał zdumione, lecz lodowato-zimne spojrzenie Bagheery.
- Nie jestem tchórzem! – dodał Czandar rozpaczliwie – ja tylko … wychowałem się wśród ludzi, moją matkę zabili ludzie ze strzelającymi kijami kiedy byłem tak mały, że nic nie mogłem zrobić, aby się temu przeciwstawić i dopóki nie wyrwałem się szczęśliwym zbiegiem okoliczności na wolność, spędziłem większość swoich młodych dni pod opieką tych dwunożnych istot. Nie miałem więc nikogo, kto mógłby nauczyć mnie, jak być nieustraszoną panterą, królem dżungli… Jesteś pierwszą panterą z mojego rodzaju, którą spotykam. Za nic nie chcę, żebyś uważała mnie za tchórza. –
Bagheera milczała, szczerość Czandara na swój sposób wzruszyła ją, a słowa, które wypowiedział przypomniały o jej własnym dzieciństwie i o tym, że gdyby nie pomoc Baloo, ona też byłaby całkiem bezradna, jak w trakcie swoich pierwszych dni i nocy spędzonych samotnie w dżungli.

Powoli przysunęła głowę do głowy Czandara i szepnęła: - Dotknij mojego gardła. –
Czandar pochylił głowę i ostrożnie przybliżył ją do podgardla Bagheery, drżał jeszcze, i widać było, że w każdej chwili spodziewa się ze strony pantery ataku. Ze zdumieniem poczuł ślad po obroży na gardle Bagheery. W głowie zakręciło mu się przy tym od słodkiego zapachu jej ciała. Spojrzał pytająco w oczy pantery.
- Ja też wychowałam się w niewoli. – powiedziała Bagheera cicho.
Czwartej nocy podróżowali już wspólnie. Było między nimi jakby niewypowiedziane porozumienie, choć Czandar ani razu nie zapytał, dokąd idą, ani jakie porachunki ma do wyrównania Bagheera.
Bardzo chciał jej zaimponować, więc szedł obok niej w ciszy, nie narzekając na tempo, które narzuciła. Raz rzucił się nagle w pogoń za dzikim zającem, który niestety wymknął mu się, co Bagheera skwitowała przyjaznym parsknięciem śmiechu.
W pewnej chwili Bagheera zapytała: - A ty, Czandarze, czy nie chcesz pomścić swojej matki i zabić ludzi, którzy ją upolowali? -
- Nie, skąd to pytanie, Bagheero? Czy sądzisz, że jestem aż tak głupi, żeby nie wiedzieć, że zabicie człowieka ściąga na wolne zwierzę hańbę, która ciągnie się za nim do śmierci. Zresztą, cóż by mi to dało? I tak nie przywróciłoby to mojej matki do życia.
Bagheera przyspieszyła kroku.
-A jeśli nie mógłbyś spać spokojnie dopóki jej mordercy chodzą po ziemi? – zapytała nie patrząc w oczy Czandara.
O świcie ułożyli się do snu na konarach rozłożystego na wpół uschniętego cynamonowca. Bagheera widziała już z tego miejsca wyraźnie dom na wzgórzu i małe punkciki poruszających się w oddali ludzi. Wiedziała, że będzie potrafiła rozpoznać twarz mordercy jej matki, właściciela noża wysadzanego kolorami kamieniami, człowieka, którego nazywano Aziz. Zamykając oczy przed zaśnięciem pomyślała, że nastepnego dnia dokona zemsty na człowieku imieniem Aziz i wtedy już nigdy nie powróci on w jej snach. Ale tej nocy nie zobaczyła w snach jego twarzy, widziała za to oczy Czandara i śniła, że razem z nim goni dzikiego zająca, który wciąż wymyka im się, aż w pewnej chwili zwierzątko rośnie do monstrualnych rozmiarów, całe wysadzane jest teraz kolorowymi kamieniami i przy dźwiękach podobnych do tych, wydawanych przez strzelające patyki ludzi, na jej oczach pożera Czandara, a ona nie może nic zrobić, bo całą ją paraliżuje zimny pył, który osypuje się na nią i sprawia, że najmniejszy ruch łapą staje się niemożliwy.
Kiedy o zmroku Bagheera otworzyła oczy, aż wzdrygnęła się ze zgrozy, bo wszystko dookoła było białe, zasnute tylko delikatnie błękitną poświatą zapadającego zmroku. Obudziła Czandara i spojrzała na niego z niemym pytaniem: „co to, do diabła, jest, to białe zimne coś?” czającym się w jej szeroko otwartych oczach. Czandar rozejrzał się i roześmiał, po czym zaczął skakać i turlać się po białym puchu.
- Nie widziałaś nigdy śniegu, Bagheero? – Czandar jak mały kociak leżał teraz na plecach i wymachiwał wielkimi łapami w powietrzu, jakby usiłując schwytać opadające płatki białej zimnej substancji. Najwidoczniej świetnie się bawił.
Bagheera była niespokojna. Na tym białym „śniegu”, czy jakkolwiek to coś się nazywało, ich czarne sylwetki były widoczne niczym ranny słoń pośrodku pustej polany, a ludzkie siedziby były tak niedaleko.
- Chodź, musimy się ukryć, nie jesteśmy tu bezpieczni. – syknęła Bagheera. Z oddali ozwały się ludzkie nawoływania. - Ja się nie boję! - Czandar odkrzyknął chelpliwie – Niech no tylko ktoś spróbuje zaatakować moją przyjaciółkę Bagheerę, rozszarpie mu gardło i krew czerwona jak dojrzały owoc granatu popłynie po białym śniegu!
- Czandar! – Bagheera wyraźnie nie była w nastroju na żarty - Nie wygłupiaj się, póki co nie potrafisz nawet upolować zająca, poszukaj sobie jakiejś kryjówkę, zanim nie zrobi się ciemniej. –
Sama jednak wciąż stała na śniegu i próbowała wzrokiem przeniknąć odległość, która dzieliła ją od ludzkiej siedziby. Wydało jej się, że widzi coś połyskującego kolorowo w dłoni jednego z ludzi. Zaczęła iść w tamtą stronę, powoli, jak we śnie, śnieg nagle przestał wydawać się zimny, pantera cała płonęła żądzą zemsty, a z każdym krokiem podobieństwo jednej z sylwetek do Aziza z jej dziecinnych wspomnień wydawało się coraz wieksze.
W duchu pogratulowała sobie, że zostawiła Czandara w lesie i kazała mu znaleźć sobie bezpieczną kryjówkę. Nieporadny, strachliwy przyjaciel nie stanowiłby tu dla niej żadnej pomocy.
Pantera przybliżała się teraz do osady wolniej i ostrożnie, przemieszczając się wzdłuż linii lasu, pozwalając aby cienie drzew ukrywały ją przed ludzkimi spojrzeniami.
Tożsamość najwyższego z mężczyzn nie pozostawiała już Bagheerze najmniejszych wątpliwości, był to Aziz, morderca jej matki. W momencie, kiedy oddalił się nieco od pozostałych ludzi i odwrócony był do niej plecami, Bagheera rzuciła się biegiem, była teraz całkowicie narażona na strzały, widoczna jak na dłoni czarna plama pędząca po błękitno-białej gładkiej przestrzeni niczym anioł śmierci.
- Bagheeeeeera! Nie rób tego! Okryjesz się hańbą! Albo zabiją cię! – usłyszała nagle za sobą głos zziajanego Czandara.
– Co tu robisz, głupcze? To moje porachunki! – krzyknęła Bagheera w biegu – Kazałam ci ukryć się. –
Słysząc dziwne dźwięki mężczyzna nagle odwrócił się. Po śniegu pędziły w jego kierunku szaleńczym pędem dwie czarne pantery. Nagle większa z nich skoczyła z całym impetem na mniejszą i siłą uderzenia przewróciła ją na chwilę w głębokim śniegu.
Mężczyzna wykorzystał ten moment i wycelował strzelający patyk w unieruchomioną panterę, leżącą na boku. Wtedy jednak, zanim zdążył nacisnąć cyngiel, większe zwierzę rzuciło mu się do gardła, raniąc go śmiertelnie. Broń umierającego mężczyzny wystrzeliła jednakże, a kula utkwiła w boku Czandara.
Bagheera wstała tymczasem ze śniegu i ryknęła rozpaczliwie w stronę rannego Czandara: - Biegnij w stronę lasu! Widząc jednak, że Czandar ledwo trzyma się na nogach, zrobiła długi sus w jego stronę i biegła wolniej pozwalając mu opierać się na jej boku. Widziała jednak, że za Czandarem ciągnie się na śniegu czerwona wstęga krwi i czuła, że jej przyjaciel słabnie z każdym krokiem. W pewnym momencie osunął się na śnieg. Bagheera słyszała głosy nadbiegających z oddali ludzi, i wiedziała, ze kiedy tylko przybliżą się do nich trochę bardziej znów zaczną strzelać ze swoich patyków. Zaczęła wiec nerwowo trącać Czandara nosem i prosić cichym głosem, żeby szedł dalej.
-Choć, Czandar, no szybko, głuptasie! Za chwilę zanurzymy się w lesie, jeszcze parę kroków!
- Nie mogę, ja chyba umieram, Bagreeho… - wyjęczał Czandar.
- Bzdura. – mruknęła Bagheera. Czandar uśmiechnął się smutno.
- Ale prawda, że byłem dzielny? – zapytał z wysiłkiem.
- Tak. Bardzo. Jak prawdziwa pantera, Czandar. –

Comments


love 2 2 joy 1 1 wow 1 1 mad 0 0 sad 0 0 fear 0 0 neutral 0 0
:icontwinkle-stah:
Unfortunately, I don't read Polish but this is such a beautiful picture so I'm sure your story is just as good too :)
I /love/ Bagheera. Here in the UK I know the character as a "he", but whatever it is, he/she is one of my favourite characters in literature and this is just such a lovely piece of art... :)

--
:sadangel:
♥ Cally
death wore chinchilla.
Twinklestah.co.uk: <- website.
Artistic Stah <- blog.
:iconathenatt:
Exceptionally stunning :wow: traditional work!! I love how with just a few bold strokes you've painted such a moving and elaborate scene; we know at once what's going on and our hearts are moved with pity for the kitty - whoops, didn't mean to rhyme just then :D :+fav:

--
...has been known to be Greek from time to time...

Use My Stock Photos at ~AthenaStock
:iconedgyspice:
Beautiful work! The Jungle Book is one of my very favorite books, too. =)

--
"A part of me is laughing. The part of me that hates life."
:icondiamondandstarships:
this is so so so beautiful!
:iconjoeyv7:
:iconiloveyouplz::hug: Oh, thank you for taking me back to my first favorite character when I was a kid! I was nuts for Bagheera. My book was illustrated by Fritz Eisenberg, and Bagheera was gorgeous and fierce. I never felt the same about Disney when they dumbed it down with a goofy Baloo as the main character in the movie, feh. You're an awesome sister to do this, I'm sure she'll love it.
Here's an Eisenberg example, I couldn't find on of Bagheera or Mowgli - [link]).jpg

--
If you must drink and draw, please do so responsibly.
:iconmagoscuro:
wow, basia, I would love to read polish, but the image is so touching, it make me feels some realy deep sensations.

--
One Must Still Have Chaos In One, To Give Birth To A Dancing Star (Nietzsche)
:iconmilly-fox:
I loved the Jungle Book as a kid, so seeing this illustration made me happy :]
I really like the simple forms and blue, though I can't read the story it goes with.
:iconsadboy-elchicotriste:
na pravde piekne

--
Elchicotriste is a mass-media hallucination

Details

February 6
272 KB
272 KB
596×627

Statistics

112
646 [who?]
6,460 (12 today)
49 (0 today)

Share

Link
Embed
Thumb

Site Map